stoję samotnie na moście. wielki, murowany niby antyczny akwedukt. daleko w dole płynie rzeka, strumień właściwie. wije się niczym wąż, szemrząc po cichu swe modły o koniec. i ja szepczę. sama do siebie, do wnętrza.
czy dane mi będzie zaznać spokoju za życia?
czy dużo wyrzeczeń mnie jeszcze czeka?
jak długo potrwa jeszcze ta podróż?
a gdy odpowiedź nie przychodzi, zamykam oczy i slucham co podpowie mi strumień. z poczatku niewyraźnie, jakby pólsłówkami, urywanymi zdaniami mamrocze. to myśli moje zagluszają przekaz więc karcę je na głos i nasluchuję dalej. strumień, jak zawstydzone dziecko, najpierw mówić nie chce, chowa się i ucieka naprzód. oswajam go stopniowo uciekając się do komplementów, mówiąc mu jaki jest piękny, lśniący i zwinny. niczym błekitna wstążka, którą porwał wiatr i plynie teraz po niebie odbijając złote promienie słońca.
chyba się udało, bo zaczyna szeptać po cichutku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz